Poetiva

Myśli słowami zdobione w blasku dnia i nocy

Kategoria: Kamil Sowiński

  • Hej! Marynarz stary krzyknął

    w tawernianej ciemnej sali.

    Na to głowy też odwrócą

    zaraz wszyscy co tam stali.

    I marynarz stanął groźnie,

    zmarszczył brwi i fajkę pali,

    a na głowie ma on chustę,

    a przy boku kawał stali.

    Dziś opowiem wam historię

    o rekinie jednookim,

    co na morzach siał panikę

    i na lądzie też szerokim.

    Płynę zatem swoją łajbą,

    rejs to długi, ze dwa lata.

    27Lecz w pamięci mi utkwiła

    ta ostatnia ważna data.

    Burza wtedy się zerwała,

    jak to morzem często miecie,

    dują wichry, zrywa żagle,

    ciemno, zimno i zamiecie.

    Nagle majtek wpadł do wody,

    Ktoś za burtą — inny wrzeszczy,

    bosman podniósł wrzask okrutny:

    trzymać ster! A pokład trzeszczy.

    Dwie szalupy wnet spuścili,

    te natychmiast sztorm roztrzaskał,

    tylko kucharz siedział cicho,

    jedząc w kuchni głośno mlaskał.

    I nie straszne mu wichury,

    wycie wiatru i panika,

    on jak istny hipopotam

    wszelki prowiant wnet połyka.

    A ja pytam, hej kucharzu,

    co ty robisz w takiej chwili?

    On odpowie: bądź spokojny,

    kucharz nigdy się nie myli.

    Lepiej najeść się do syta,

    gdy godzina sądu bliska,

    myślał zatem że to koniec,

    wkładał właśnie kość do pyska.

    Kiedy już się wyciszyło,

    spokój wreszcie zapanował,

    każdy pokład czyści skrzętnie,

    tylko kucharz gdzieś się schował.

    Nagle słyszę głos bosmana,

    Rekin! Woła i dwie łuny

    światła widzę, a po chwili

    niosą ludzie trzy harpuny.

    Każdy dopaść się go stara

    i tym bardziej pragnie tego,

    że dojrzeli w paszczy gada

    chyba kogoś znajomego.

    To nasz kucharz, ten łakomczuch

    rekinowym był śniadaniem,

    u nas niczym się nie wsławił,

    no jedynie swym mlaskaniem.

    A ten rekin, wściekły demon,

    szczęścia swego znów próbuje

    i uderza w statek mocno,

    tak, że ledwie już dryfuje.

    Użerałem się z tym diabłem

    ze dwa lata chyba prawie,

    połamałem cztery żebra,

    uszkodziłem rękę w stawie.

    Do dziś blizny me i rany

    są pamiątką tej podróży,

    w którą wybrać mi się przyszło

    mimo strasznej, wielkiej burzy.

    Odtąd wszystkie wielkie ryby

    omijają mnie z daleka,

    każdy rekin, każda orka,

    czując zapach mój ucieka.

    Ten gad stary co siał postrach

    i miał umysł iście lisi,

    w końcu skończył życie swoje

    i nad łóżkiem moim wisi!

  • Coś drgnęło w sumieniu

    i przesunęło myśl po mojej głowie.

    Zatarte ślady, mgliste, minione chwile,

    bez wstydu i bez pruderii.

    Obiecuję sobie szczerość kolejny raz, bez dystansu.

    Wprost, szczerze, widzę to, co minęło,

    odtwarzam obraz przeszłości,

    czasem mniej przyjemny,

    innym razem kipiący radością.

    Tylko słowa nie chcą dać się złapać w pułapce czasu,

    drętwieje język i oczy rozdziera szczypiąca łza.

    Nie dam jej uciec i nie pozna świat tych wspomnień,

    tylko cisza skryje te chwile,

    sekundy, minuty, godziny,

    bez pośpiechu.

  • Opowiedział wiatr historię

    o księżniczce z czarnej skały,

    o baśniowym świecie wielkim

    i o czarach, co zostały.

    Opowiedział wiatr i powiał

    wciąż magicznym swym powiewem,

    ktoś dziś jednak nie wytrzymał no i z gniewem

    brzydko zwrócił się sam jeden do wichury,

    wygadując przy tym zwykłe, puste bzdury,

    aż wiatr ucichł i wyszeptał słowa te:

    Rozszumiały się stawy, rozszumiały jeziora,

    a w odległych dolinach trwała cicha rozmowa,

    rozmawiały tam ptaki, rozmawiały potwory,

    wszystkie zwykłe, niezwykłe biły światłem kolory.

    Mchy, paprocie szumiały, wiatr grał nimi do rymu,

    potem wracał do ludzi, kręcił dymem z komina.

    Chmury niebo przykryły, żuk się schował gdzieś w trawie,

    wiatr pakt z deszczem podpisał, słońce już po zabawie.

    Tak się kończy opowieść, choć się tylko zaczęła,

    gdy chcesz poznać ją dalej, wiatr Ci bajkę dośpiewa.

    Tak się kończy opowieść, wersy w przepaść zmierzają,

    wiatr wśród ciszy ustaje, słowa tekst opuszczają.

  • Rozbity kamień spadł samotnie

    w dolinie cichej, zacienionej,

    bo słońce rzadko tam zagląda,

    zapominając ciągle o niej.

    Rozbity kamień już zapomniał

    jak na wierzchołku wielkiej góry

    tysiące lat w niebo spoglądał

    na wędrujące po nim chmury.

    Rozbity kamień rozsypany

    zwraca uwagę swoim stanem

    tylko tych kilku małych mrówek,

    które tu mają go za ścianę.

    Wiatr nim kołysze na pustkowiu,

    gdzie z drzew zostały tylko pniaki

    i czasem jeszcze księżyc w pełni

    rozświetli skalne, drobne znaki.

    Aż wreszcie stopa ludzka wtargnie

    w ten świat, pustosząc go zaciekle,

    jakby się wrogie starły armie,

    jakby dwa diabły biły w piekle.

    Rozdepcze każdą napotkaną

    kruszynę skały, ślad przeszłości,

    karmiąc się wciąż kolejną zmianą,

    bez zawahania, wątpliwości.

    Rozbity kamień wbity w ziemię,

    wdeptany leży już głęboko,

    na skalnym szczycie jeszcze jeden

    odrywać zaczął się wysoko.

    Znów spadnie w cichej tej dolinie,

    pora przychodzi, w końcu mija,

    bo zawsze kończy się w momencie,

    w którym ten kamień się rozbija.

  • Co wolno poecie,

    gdy wolny i szczery,

    kiedy kreśli słowa słyszane w swej głowie,

    gdy oddaje światu myśli zrodzone przed chwilą,

    mijającą szczerością dzieląc się z innymi?

    Co wolno poecie,

    gdy wskazać chce winnego

    i gdy obiega treścią plugawe szczegóły,

    gdy nabiera rozmachu w swoistej pogoni za winą,

    moralizuje nachalnie, obrzuca epitetami?

    Co wolno poecie, kiedy łza już wyschła,

    zagoiło się wspomnienie i nie wróci w tekście,

    nie otworzy więcej furtki,

    nie trzaśnie drzwiami w przeciągu?

    Co wolno poecie, gdy kusi i bawi,

    gdy deprawuje swym piórem sylaby bezecnie,

    gdy taktownie wycofa słowo zakazane moralnie,

    powstrzyma się od ostateczności,

    przemilczy zaklęcie?

    Czy jeszcze wolno poecie,

    gdy przekonania kłócą się ze sobą,

    kiedy rozdziera sprzeczność,

    pojawia zwątpienie?

  • W soczystej trawie srebrny meszek,

    Wśród liści grubych i błyszczących, 

    Gdzie ziemia lepi się od deszczu,

    co go parzące suszy słońce. 

    Wiosennych ptaków śpiew od rana

    i psów szczekanie się rozlega,

    Niedzielny spokój, bez żądania

    by na zegarek ciągle zerkać.

    Odwracam głowę, widzę świat,

    spojrzę do góry, wszystko wokół

    wydaje się jak gdyby inne,

    chociaż spotykam to codziennie.

    Lecz teraz wyraźniejsze jest,

    w tej jednej chwili widzę więcej

    niż bym w tygodniu mógł wypatrzeć.

    I choć w kieszeni trzymam ręce, 

    dotykam każdej cząstki dnia, 

    napawam się zapachem wiatru,

    światłem poranka, 

    lekko, beztrosko.

  • Umarły słowa zapomniane,

    umarły myśli i wspomnienia,

    zginęły chęci, pochowane,

    milczenie złotem? Bez wątpienia.

    Nie chcemy wiedzieć? Wstyd pamiętać?

    Strach nawet pytać w mglistych słowach,

    czy kiedyś skończy się lub zacznie 

    o tym Wołyniu gdzieś rozmowa?

    Kaci nie żyją, jak ofiary,

    czy to rozgrzesza zbrodni winy?

    Na kościach polskich dzieci, matek

    dorodne rosną dziś maliny.

    Wiśnie, jabłonie i czereśnie 

    kwitną nie wiedząc, co tam było.

    Czy to naprawdę się zadziało,

    czy się koszmarem nam przyśniło?

    Gdy wiatr historii, groźny wicher

    przywiał wzdłuż Dniepru ruskie hordy,

    szaleństwo gwałtów i grabieży 

    przyniosło tam okrutne mordy.

    Zamknijcie oczy przyjaciele,

    odwróćcie kart historii kilka,

    a wnet w przeszłości odkryjecie

    w dzisiejszej owcy złego wilka.

    Prawda, że trudno spojrzeć w lustro,

    gdy hasło Slava Ukrainie,

    które dziś dumnie wygłaszane,

    musiało służyć złej nowinie.

    Nowinie krwawej i tak strasznej,

    że wielu pragnie ją odrzucić,

    przemilczeć, sprawić by wyblakła,

    by winę przodków szybko zrzucić.

    Bardzo nam przykro tu, nad Wisłą,

    że w tym cierpieniu, w ofiar tłumie,

    co z rąk Moskali krzywdy doznał, 

    nikt nas Polaków nie rozumie.

    Nikt zemsty przecież tutaj nie chce,

    o pamięć łzami zaś wołamy

    i to Wam mówić tylko chcemy,

    że o tę pamięć się staramy.

    Pamięć o dziadkach i prababciach,

    o noworodkach, przedszkolakach,

    co ich rozpruły bezlitośnie 

    bezwględne sotnie UPA w krzakach,

    na polach, łąkach i cmentarzach, 

    w domach, przy pracy lub modlitwie,

    rzeźnickim nóżem czy widłami 

    wyrżnęły ludzi w pseudo bitwie.

    „Rycerze” poszli w bój niezwykły,

    bo przyszło walczyć z cywilami,

    nierzadko swymi znajomymi,

    a przede wszystkim z sąsiadami. 

    Boli nas dusza, bo to rana,

    którą wciąż pali kłamstwo stare,

    że to właściwie nic wielkiego,

    ktoś kogoś zabił, żyjmy dalej.

    Nazywać rzeczy po imieniu 

    warto nauczyć więc sąsiada,

    co flagą UPA wymachuje,

    a o przyjaźni w kółko gada.

    Pozwólcie bracia nasi drodzy 

    pochować chociaż ofiar ciała,

    które wciąż leżą zapomniane 

    tam, gdzie im ziemia leżeć dała. 

    Drzazga Wołynia w palcu kłuje,

    tu rękawiczka nie pomoże,

    a jeśli dłużej będzie tkwiła,

    to boleć będzie coraz gorzej.

    Chciałbym zbudować między nami

    przyjaźń sąsiedzką w prawdzie szczerej,

    by nazwać wszystko po imieniu,

    kto katem był, kto bohaterem.

    Prawda nas ściga i dogania,

    można próbować ukryć fakty,

    ale i one wyjdą na jaw, 

    jak kości trupów, artefakty.

    Teraz jest chwila ta niezwykła,

    gdy można wprost powiedzieć sobie,

    tak, zło zostało popełnione

    i złożyć szczątki w godnym grobie.

    A oczyszczenie to w pamięci 

    będzie zwycięstwem nad przeszłością,

    by nigdy więcej już nienawiść  

    nie zabijała swą podłością.

  • Już Cię nie śmieszy taniec Twej duszy,

    galopującej w radosnym pląsie,

    już Cię nie bawi samotna chwila,

    która została na zawsze sama.

    Nie dopominasz się o nadzieję,

    bo po co złudzeń karmić zastępy,

    gdy świat jest pusty, zimny, przeklęty,

    taki wieczorem i taki z rana.

    Już Cię nie rani piętno bezdusznej,

    bo się uganiasz za wspomnieniami,

    aż na bosaka ścigasz się z nimi,

    lecz nie nadążasz, w tyle zostajesz.

    Już Cię nie martwi utrata więzi,

    bo nic nie wiąże Cię z nikim teraz,

    potężna ściana wyrosła nagle,

    więc się nadziewasz tak na nią nieraz.

    Nie dopominasz się o oklaski,

    co znaczyć miały dla Ciebie wiele,

    znak akceptacji, wyraz uznania

    czy aprobaty, dla bycia zerem.

    Już nie zależy Ci na istnieniu,

    Twój świat się skurczył do kropli żalu,

    który wysycha w Tobie pomału,

    znika wraz z Tobą, odchodzi w niebyt.