Rozbity kamień spadł samotnie
w dolinie cichej, zacienionej,
bo słońce rzadko tam zagląda,
zapominając ciągle o niej.
Rozbity kamień już zapomniał
jak na wierzchołku wielkiej góry
tysiące lat w niebo spoglądał
na wędrujące po nim chmury.
Rozbity kamień rozsypany
zwraca uwagę swoim stanem
tylko tych kilku małych mrówek,
które tu mają go za ścianę.
Wiatr nim kołysze na pustkowiu,
gdzie z drzew zostały tylko pniaki
i czasem jeszcze księżyc w pełni
rozświetli skalne, drobne znaki.
Aż wreszcie stopa ludzka wtargnie
w ten świat, pustosząc go zaciekle,
jakby się wrogie starły armie,
jakby dwa diabły biły w piekle.
Rozdepcze każdą napotkaną
kruszynę skały, ślad przeszłości,
karmiąc się wciąż kolejną zmianą,
bez zawahania, wątpliwości.
Rozbity kamień wbity w ziemię,
wdeptany leży już głęboko,
na skalnym szczycie jeszcze jeden
odrywać zaczął się wysoko.
Znów spadnie w cichej tej dolinie,
pora przychodzi, w końcu mija,
bo zawsze kończy się w momencie,
w którym ten kamień się rozbija.
